Szef OpenAI dał Trumpowi miliony. Teraz tłumaczy, że dla dobra ludzkości
Źródło: Link
Źródło: Link
Szkolenia, warsztaty i wdrożenia AI. Dopasowane do Twojego zespołu.
Greg Brockman, prezydent OpenAI – firmy, która stworzyła ChatGPT – właśnie przekazał miliony dolarów na kampanię Donalda Trumpa. W wywiadzie dla WIRED tłumaczy, że robi to dla dobra ludzkości. Zaraz zobaczysz, jak głęboko sięga ta historia.
Problem w tym, że część pracowników OpenAI patrzy na to zupełnie inaczej. I trudno się dziwić – gdy firma głosi misję bezpiecznej AI dla wszystkich, a jej lider finansuje polityka o kontrowersyjnych poglądach na technologię i regulacje, pojawia się pytanie: o co tak naprawdę chodzi?
Brockman nie ukrywa swoich wpłat. W rozmowie z WIRED mówi wprost: jego wsparcie dla Trumpa wynika z przekonania, że taki ruch pomoże OpenAI w realizacji misji. Ale co to właściwie znaczy?
OpenAI od początku deklaruje, że chce stworzyć sztuczną inteligencję, która będzie bezpieczna i dostępna dla każdego. To brzmi pięknie na papierze. W praktyce oznacza balansowanie między rozwojem technologii, która może zmienić świat, a regulacjami, które mogą ten rozwój spowolnić lub całkowicie zablokować.
Trump i jego obóz mają jasne stanowisko wobec regulacji: mniej znaczy lepiej. Dla firm z Doliny Krzemowej to muzyka dla uszu. Mniej przepisów to szybszy rozwój, więcej swobody w eksperymentach, mniejsze ryzyko, że rząd nagle postanowi wprowadzić restrykcje, które zatrzymają projekty warte miliardy dolarów.
Brockman twierdzi, że jego wpłaty mają zapewnić OpenAI "miejsce przy stole" – dostęp do decydentów, którzy będą kształtować przyszłość AI w Stanach Zjednoczonych. To klasyczna gra lobbingowa. Dajesz pieniądze, kupujesz wpływy, zyskujesz możliwość rozmowy z ludźmi, którzy piszą prawa.
Tylko że ta gra ma swoją cenę. I nie chodzi tylko o pieniądze.
Część zespołu OpenAI patrzy na decyzje Brockmana z rosnącym niepokojem. Firma zatrudnia ludzi, którzy przyszli tam z konkretnych powodów – wierzyli w misję, w ideę, że AI może być siłą dobra. Teraz widzą, jak lider firmy wpłaca miliony na kampanię polityka, którego poglądy na prawa człowieka, klimat czy równość społeczną stoją w sprzeczności z wartościami, które sami wyznają.
To nie jest abstrakcyjna dyskusja. W branży technologicznej kultura firmy ma ogromne znaczenie. Ludzie pracują po 60 godzin tygodniowo nie tylko dla pieniędzy, ale też dlatego, że wierzą w to, co robią. Gdy ta wiara zaczyna pękać, efekty widać szybko – spadek morale, odejścia kluczowych osób, przecieki do mediów.
Brockman w wywiadzie przyznaje, że nie wszyscy w firmie się z nim zgadzają. Mówi, że rozumie ich punkt widzenia, ale podtrzymuje swoją decyzję. Dla niego to kwestia pragmatyzmu – jeśli OpenAI ma wpływać na przyszłość AI, musi mieć dostęp do władzy. A władza w Stanach Zjednoczonych w 2026 roku to Trump i jego ludzie.
Tylko że pragmatyzm ma swoje granice. Pytanie brzmi: ile można ustąpić, zanim misja przestanie mieć znaczenie.
OpenAI to nie jedyna firma, która gra w tę grę. Cała Dolina Krzemowa od lat wpompowuje miliardy w kampanie polityczne. Google, Meta, Amazon – wszyscy to robią. Różnica polega na tym, że OpenAI od początku pozycjonowało się inaczej. To miała być firma inna niż reszta – non-profit, transparentna, skupiona na misji, a nie zysku.
Potem przyszła rzeczywistość. W 2019 roku OpenAI zmieniło model na "capped-profit" – hybrydę non-profit i komercyjnej firmy. Microsoft wpompował miliardy dolarów. ChatGPT stał się globalnym fenomenem. Nagle OpenAI przestało być małym startupem z misją, a stało się jednym z najważniejszych graczy w wyścigu AI.
I tu zaczyna się problem. Gdy jesteś mały, możesz sobie pozwolić na idealizm. Gdy stajesz się wielki, musisz grać według zasad wielkiego biznesu. A te zasady są brutalne – albo masz wpływy polityczne, albo ktoś inny je ma i używa ich przeciwko tobie.
Wpłaty Brockmana na kampanię Trumpa to nie wyjątek. To norma w branży. Różnica polega na tym, że OpenAI głośno mówiło o swoich wartościach – i teraz musi się z nich tłumaczyć.
Ta historia to coś więcej niż plotka o darowiznach politycznych. To sygnał, jak będzie wyglądać przyszłość sztucznej inteligencji – i kto będzie ją kontrolował.
Jesteś firmą, która rozwija technologię mogącą zmienić każdy aspekt życia. Od medycyny po edukację, od transportu po finanse. Wiesz, że rządy będą chciały to regulować. Wiesz też, że sposób, w jaki to zrobią, zadecyduje o tym, czy Twoja firma przetrwa, czy upadnie.
Co robisz? Czekasz i masz nadzieję, że politycy podejmą mądre decyzje? Czy idziesz do nich z pieniędzmi i próbujesz wpłynąć na te decyzje, zanim zostaną podjęte.
Brockman wybrał drugą opcję. I nie jest w tym sam. Problem polega na tym, że taki model prowadzi do świata, w którym o przyszłości AI decydują nie naukowcy, nie społeczeństwo, ale ci, którzy mają najwięcej pieniędzy i najlepsze kontakty polityczne.
To nie jest teoria spiskowa. To po prostu kapitalizm w akcji. Firmy zawsze wpływały na politykę. Różnica polega na tym, że tym razem stawka jest nieporównywalnie wyższa. AI to nie kolejna aplikacja czy gadżet. To technologia, która może zmienić strukturę społeczeństwa – i już to robi.
Brockman twierdzi, że tak. Mówi, że wpłaty polityczne to narzędzie, sposób na ochronę misji firmy w świecie, gdzie polityka i biznes są ze sobą nierozerwalnie splecione. Dla niego to nie zdrada wartości, ale ich obrona.
Ale jest też inna perspektywa. Część obserwatorów – w tym byli pracownicy OpenAI – mówi, że firma dawno zeszła ze swojej pierwotnej ścieżki. Że przejście z non-profit na model komercyjny było początkiem końca. Że partnerstwo z Microsoft było punktem bez powrotu. I że wpłaty na kampanię Trumpa to tylko kolejny krok w kierunku, który nie ma nic wspólnego z pierwotną misją.
Kto ma rację? Trudno powiedzieć. Może obie strony mają po trochu racji. Może rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż prosty podział na "dobrych" i "złych".
Jedno jest pewne: OpenAI stoi przed wyborem. Może dalej próbować balansować między misją a biznesem, między wartościami a pragmatyzmem. Albo może w końcu zdecydować, kim chce być – i ponieść konsekwencje tej decyzji.
Jeśli używasz ChatGPT, warto wiedzieć, kto stoi za firmą, która go stworzyła. Nie chodzi o bojkot ani krucjatę. Chodzi o świadomość.
Technologia nie jest neutralna. Firmy, które ją tworzą, mają wartości, cele, interesy. I te rzeczy wpływają na to, jak technologia wygląda, jak działa, kto ma do niej dostęp.
Wpłaty Brockmana na kampanię Trumpa to symptom większego problemu: AI rozwija się w tempie, które wyprzedza naszą zdolność do jej regulowania i kontrolowania. Firmy mają coraz większą władzę. Politycy próbują za nimi nadążyć. A społeczeństwo – my wszyscy – próbuje zrozumieć, co się właściwie dzieje.
Nie ma prostych odpowiedzi. Ale są pytania, które warto zadawać. Kim są ludzie tworzący AI? Jakie mają wartości? Komu służą? I czy możemy im zaufać.
Brockman mówi, że jego wpłaty służą ludzkości. Część pracowników OpenAI ma wątpliwości. A Ty? Co o tym myślisz.
Przeczytaj też:
Podoba Ci się ten artykuł?
Co piątek wysyłam podsumowanie najlepszych artykułów tygodnia. Zapisz się!
90 minut praktycznej wiedzy o AI. Pokaze Ci krok po kroku, jak zaczac oszczedzac 10 godzin tygodniowo dzieki sztucznej inteligencji.
Zapisz sie na webinar